14 maja 2021

WCZORAJSZE SKARBY = DZISIEJSZE SMIECI

     Sorry - albo nie potrafie dotrzymac slowa tyczacego ilosci zdjec na blogu albo tematyka wpisow mi nie pozwala co spowodowalo iz znow zanudze Was fotografiami. W dodatku nie pisze o polityce, niewiele o pandemii - tematach tak teraz popularnych - tworzac wpisy o niecodziennych wydarzeniach codziennego zycia. W dodatku tak sie zlozylo iz moj ksiazkowy wpis bedzie jeszcze jednym jaki sie ukazal na blogowni. Chcialoby sie powiedziec : ogorkowy  ksiazkowy sezon czy co?  

 Tym razem wina tego iz odkurzalam biblioteczki a zawieraja blisko 500 ksiazek. Czesc z nich jest rozmiaru albumowego czyli nie mieszcza sie na polkach i dlatego trzymam w osobnej szafce, takiej z papeteria, wiec nie patrze na nie codziennie co powoduje ze sa troche zapomniane. Do odkurzania musialam je powyciagac wiec przy tej okazji zrodzilo sie we mnie uczucie zalu, w dodatku podwojne : one byly kupowane w latach 80tych zeszlego wieku, kiedy to byly pozyteczne i wedlug mnie konieczne do posiadania jako ze komputery byly wtedy w powijakach nie zawierajac obecnych wiadomosci o "wszystkim", wiec polegalo sie na ksiazkach i albumach. W zwiazku z tym bylo ich masa, na kazdy temat, w dodatku pieknie wydane. Zreszta tyczy to encyclopedii tez - swego czasu posiadalam 30to tomowa Encyclopedia Britannica, pozniej oddalam do sklepu z uzywanymi ksiazkami jako ani potrzebna ani aktualna. Tworza wiec piekny zestaw a takze sa ze mna od wielu lat. 

 Albumy o ktorych wspominam nadal posiadam bo bardzo informatywne, duza czesc informacji jest aktualna (oprocz Atlasu Swiata) a dodatkowa atrakcja sa cudne fotografie tego o czym mowia.  Oprocz tych ktorymi sie pochwale posiadalam Atlas Budowy Czlowieka ale komus pozyczylam i nigdy do mnie nie wrocil. To samo stalo sie z atlasem Universe czyli Wszechswiata, ktory byl bardzo piekny a oprocz map ukladow gwiezdnych, planet, zawieral ich opisy. 

 Czasy sie zmienily, komputery maja wszelkie informacje wiec ludzie raczej polegaja na nich a nie ksiazkach i albumach. Doszlo do tego iz znam domy w ktorych nie widze ani jednej ksiazki, chyba ze dziecinnej do malowania. Albo jesli ktos czyta to czesto-gesto na czytniku co dla mnie byloby tylko czescia przyjemnosci a moze zadna. Jednak w bibliotekach widuje duzo wypozyczajacych co mnie cieszy i mowi ze sztuka czytania ksiazek jeszcze nie calkiem wymarla. 

 Tak czy siak odkurzalam i z bardzo wielkim sentymentem przegladalam te albumy przy okazji zastanawiajac sie co sie z nimi stanie gdy mnie juz nie bedzie? Inne ksiazki pojda do antykwariatu i pewnie znajda nabywce bo w nich mozna uzywane ksiazki kupic za 1 $ albo 2 , ale albumy pewnie nie znajda chetnego. Jeden z nich to Atlas Swiata zawierajacy oprocz map informacje o danym rejonie - i ten zwlaszcza jest nieaktualny chocby przez zmiany jakie sie porobily w Europie - wiec kto by potrzebowal ? Nikt. Ewentualnie wiec znajda miejsce na smietniku i lepiej zebym tego nie widziala bo by mi serce peklo z zalosci. 

 Na dodatek podobnie mam z krysztalami, stara porcelana i innymi takimi starociami - dzieci nie chca, wyprzedazy garazowej nie bede robic bo mi sie nie chce a poza tym one wcale nie gwarantuja ze znajdzie sie kupiec i moj wysilek w organizowaniu poszedlby na marne. Duza ich czesc to darowizna od rodzicow co robi je jeszcze cenniejszymi a wyglada ze sie zmarnuje.

 Wracajac do albumow - one maja nawet swa podstawke do podtrzymania w czasie czytania bo lekkie nie sa - jesli pozbede sie albumow to zarazem musze sie jej tez pozbyc.

 Poodkurzalam, poukladalam i nie moglam sie otrzasnac z ponurych mysli - o czasie, o zmianach, o przemijaniu, o powolnym odchodzeniu swiata ktory znalam a byl jakis bardziej sentymentalny, zawieral tyle szczegolow i przedmiotow pokazujacych talent i artyzm wykonawcow, pieczolowitosc estetyczna i wykonawcza ktora zawsze pobije to co kroluje obecnie - przynajmniej w moim mniemaniu. Obecnie komputer moze pokazac nawet wiecej ale nie mozna tego dotknac, miec na polce czy na kartce ksiazki.

Pokaze wiec te moje albumy zanim pojda na smietnik, plus jeden skromniejszy z okresu gdy interesowalam sie ....jajkami - a nawet mam dwa wlasne.


okladka i fragment atlasu geograficznego



okladka i fragment atlasu archeologicznego



okladka i fragment atlasu historii swiata



inna wersja historii swiata




historia malarstwa - ktos mi
 ofiarowal wersje napisana przez zakonnice :)

 

dwa tomy traktujace o odkrywcach
 i  artystach

Dwutomowe biografie 80ciu
 slawnych kompozytorow




album przepieknych jajek Faberge
i ich historia



nie tylko romanovom dostaly sie jajka -
ja tez mam dwa !!!!!!




  




















 


     

10 maja 2021

CUL DE SAC

Cul de sac to okreslenie slepej ulicy, najczesciej zaprojektowanej w formie kregu, czesto z klombem w srodku. Kupujacy nowy dom bardzo lasza sie na taka lokacje gdyz przynosi duzo korzysci : daje uczucie zblizenia sie z sasiadami tworzac nieduzy a zaufany krag znajomych, miesci sie w jakiejs odleglosci od ruchu ulicznego, wjezdza w nia tylko ten kto na niej mieszka lub jest zaproszony, sluzby porzadkowe i naprawiacze, latwo zauwazyc obcego ktory nie powinien sie tam krecic, dla dzieci jest bezpieczniejszym miejscem do jazdy na rowerach czy gry w pilke, w razie nieobecnosci wlascicieli domu cala reszta ma latwosc trzymania nan oka.




 Moja corka tak mieszka i jest z tego bardzo zadowolona. Zna mase innych sasiadow ale ci z polkola sa specjalnymi. Jej cul de sac to 5 domow, z klombem posrodku, a alejka pomiedzy glowniejsza ulica a zakolem jest wprawdzie bardzo krotka ale i tak zapewniajaca te plusy ktore wymienilam. Ta krotkosc pozwala przy okazji byc bardzo blisko rowniez ze sasiadami mieszkajacymi na wprost wjazdu do polkola.  Jeden z nich jest Zydem zyjacym z leciwa matka ktora bardzo rzadzi synem a syn ma prawie 70 lat i jest bardzo posluszny (mozna pisac Zyd czy nie? bo teraz trudno wyczuc co dozwolone), inni to stare, ponad 80cio letnie malzenstwo ale ludzie bardzo aktywni, inni, Gabi i maz maja nowo urodzone dziecko, Kevin z innego domu ma troszke wiekszego synka i psa. Corka mieszka w tym miejscu siodmy rok, ci inni jeszcze dluzej, wiec mieli czas sie zapoznac i dobrze wspolzyc, jednak pandemia, tak szkodliwa pod kazdym wzgledem, spowodowala iz niechcacy stworzyla dobry zwyczaj - i taki ktory moze ja przetrwa.

 Zaczelo sie rok temu, gdy to cale USA przechodzilo Wielkie Krajowe Zamkniecie, gdy ludzie wiekszosc dnia spedzali w domu lub kolo domu czy na spacerach - ale z niemoznoscia odwiedzania restauracji, sklepow, miejsc rozrywkowych, urzadzania piknikow, rejsow po oceanie i party. Gdy tylko minelo zamkniecie okazalo sie ze wiele ulgi nie ma jako ze nadal istnial zakaz spotykania sie, odwiedzania. Moja corka tez to zaczela odczuwac tym bardziej ze juz od jakiegos czasu pracowala z domu co bedac wygodnym po jakims czasie nudzi i dokucza - bo nie da sie ukryc iz tygodnie izolacji pokazaly iz ludzie pragna swego towarzystwa , smiechu i urozmaicenia.

 Wymyslila wiec sobotnie sasiedzkie spotkania na cul de sac. Tu napomkne iz tego rodzaju party/pikniki nie sa nowoscia, sa urzadzane a uczestnicza w nich cala ulice : urzadza sie duze grillowanie na kilku grillach, kazdy przynosi jedzenie i picie, wynajmuje sie dmuchane atrakcje dla dzieci - ale to w normalnych, zdrowych czasach. Wtedy gdy corka wymyslila to majac na uwadze pandemie i bojazn wirusowa kazdego mieszkanca, najpierw zapytala czy byloby mozliwym zachowujac srodki ostroznosci, pierwszym bedac dystans. Wszyscy sie zgodzili i wogole byli zachwyceni pomyslem. Wiec w pewna sobote wieczorem, po domowej kolacji, kazdy sie pojawil na tym okraglym zajezdzie : corka i ziec przytargali lawe i dwa stoliki, podreczna lodowke na napoje, worek na smieci, sasiedzi przyszli ze swymi plazowymi krzeslami, lezakami i stolikami i tym czym chcieli przegryzac i pic. Corka proponowala posiadowke na swym patio tym bardziej ze ono ma zadaszenie co dawaloby ochrone w czasie deszczu ale Gabi musiala utrzymac taka odleglosc od swego domu by jej dziecinny monitor nie tracil zasiegu. Wiec zostalo na tym ze siedzieli na podjezdzie. Rozsiedli sie w przepisowej odleglosci i przegadali do poznej nocy. Nawet pies Kevina byl zadowolony jako ze mogl przebywac na wolnosci do pozna i jeszcze po kryjomu dostawac od kazdego jakis przysmak.




 Kazde nastepne spotkanie, a zaczely miec miejsce co trzy tygodnie, stalo sie bardzo wyczekiwane i obficiej zorganizowane. Pierwsze to byly pokolacyjne przegryzki jak paluszki, krakersy z masami serowymi, chipsy i salsa, owoce - pozniej zaczeto przynosic wiecej i wiecej, posiaduszki tez ciagnely sie czasem do dobrze po polnocy co na Florydzie mozliwe caly rok - ich zima wymaga co najwyzej swetra. Jednego razu corka kupila pierogi, ugotowala i pozniej przypiekla - niezmiernie wszystkim smakowaly, tak samo jak polski sernik. Krakersy pomalu zanikly a nawet kolacje jedzone w domu bo kazdy widzial ze zwiekszajace sie menu robi sie wystarczajaca kolacja plus odpada mycie naczyn jako ze plastykowe talerze ida do smieci i tyle.

 Najbiedniejszy  (tak, tak, zyd tez moze byc biedny) byl Zyd - nie pamietam jego imienia - bo wiadomo, religia zabraniala mu probowac niektorych potraw. Zawsze musial przynosic swoje a czyje jedynie podziwiac. Niejeden raz spacerowicze widzac to zgrupowanie serdecznie pozdrawiali mowiac "ale macie fajnie", albo "o szkoda ze ja tu nie mieszkam" a nawet ociagajac sie z odejsciem jakby czekajac na zaproszenie do przylaczenia sie.

  Ten zwyczaj powstal moze w czerwcu i ciagnie sie do dzisiaj chociaz od dawna restrykcje zmalaly, nastapilo otwarcie miejsc i wyboru rozrywek, moznosc sptykania sie poza domem - a takze ma przelotnych, okazyjnych gosci. Pamietacie moze Geno, czarnego znajomego corki ktory byl moim partnerem do tancow na weselu? On jednej soboty wpadl w odwiedziny bez umawiania sie i trafil na ten wspolny wieczor i oczywiscie tak sie rozsiadl (i zajadl) ze odjechal do domu po 4tej rano - tak dlugo trzymajac bidnego Johna na "ulicy" bo wszyscy inni sie rozeszli do lozek ale Genowi nic to nie dalo do zrozumienia. Zapowiedzial ze chce byc powiadamiany o nastepnych bo sa takie wspaniale ze chce w nich uczestniczyc. I tak jest - corka go powiadamia i za kazdym razem przyjezdza przywozac swe kulinarne pomysly.  Takze inni znajomi corki czesto choc nie za kazdym razem przyjezdaja choc maja swa dzielnice i sasiedztwo. A menu spotkan juz calkiem inne bo sie rozroslo - udka kurczaka, pieczone zeberka, smazone ryby, odpowiednie do tego dodatki, sery, owoce, desery - co nowe spotkanie to ktos przynosi cos nowego by bylo inaczej .


Zdjecie z sieci obrazujace iz niejedno sasiedztwo w USA urzadzalo sobie wspolne wieczory




  Mieli taki wieczor w sobote - corka zakupila 4ry duze pizze, dwie rozne salatki, pieczywo, ci inni sasiedzi przyniesli lasagnia, inne salaty, plastry pieczeni, warzywa zrobione na parze, owoce i lody. Geno oczywiscie sie pojawil a tak znow zasiedzial ze w koncu John go wpakowal nad ranem do goscinnej sypialni. I nadal najbiedniejszy w tym wszystkim jest Zyd, zywiac sie swoim wlasnym........

 Corka lubi te wieczory bo nie tylko super przyjemne i rozrywkowe - czesto ich bola brzuchy od smiechu - ale wygodne bo nie robia w domu balaganu, samo sprzatanie po nich jest pestka. Nawet jesli ktos musi isc do toalety to korzysta ze swej wlasnej majac dom pod nosem. W dodatku teraz jest latwiej bo kazdy zaszczepiony wiec nie musza siedziec w maseczkach, moga sie skupic przy stoliku a nawet pozniej nie byc wystraszonym kazdym kichnieciem czy kaszlem.

  Opowiadala mi o tym sobotnim przekazujac pewne szczegoly bo znam tych wszystkich sasiadow, ich sytuacje, ich klopoty i radosci  - i troche zazdroscilam. Lubie tak - przyjacielsko ale z dystansem, bez odwiedzania sie ale z bliskoscia, serdecznie ale bez narzucania, uprzykszania sie. U mnie nie moglabym tak zrobic a glownie z braku cul de sac - sa ale nie w mej ulicy. Jesli to musialyby sie odbywac na trawniku i raczej tylnym by zachowac jakas prywatnosc. Nie obeszloby sie bez wlazenia do mego domu by cos odgrzac, wysikac sie.  Moze urzadzilabym raz ale nie co 3 tygodnie. Poza tym teraz poniekad za pozno - nie ma ograniczen, nie ma maseczek poza publicznymi miejscami, ludzie sie odwiedzaja i bawia, korzystaja z restauracji, kin, filharmonii - piknik u Serpentyny nikomu teraz potrzebny.

 A corka uslyszala iz wszyscy sobie zycza by te spotkania byly nadal kontynuowane, ze lzejsza sytuacja pandemiczna wcale nie powinna ich zlikwidowac jako ze kazdy uczestnik je bardzo lubi, zawsze ma na nim kupe smiechu i ciekawych rozmow. A takze iz niezmiernie ulatwily przetrwanie najgorszego okresu.       

6 maja 2021

BEETHOVEN WE WLASNEJ OSOBIE !!!!!!

Jeszcze niezupelnie otrzasnelam sie z wrazen jakie mi dal koncert w Filharmonii grajacy symfonie JUPITER Mozarta a juz dostalam nowy email zapraszajacy mnie na nastepny : pana Beethoven Symfonie nr 7.

Co za uczta dla mej duszy! I jak zawsze w podobnych przypadkach oprocz ogromnej przyjemnosci zostawi mnie w nierozwiazalnym dylemacie - kto lepszy? Mozart czy Beethoven? Nie moge zdecydowac kochajac obu.

 Obecnie, w pandemicznych czasach, zrobiono tak iz ceny biletow nie sa kierowane jakoscia siedzen tylko sa dowolne, co laska, najnizszy datek bedac 10 $, a mozesz dac 100 albo 1000. Poniewaz jest mniejsza frekfencja widzow to usadzajacy prowadzi do foteli w sposob taki by sluchacze siedzieli w sposob rozstrzelony, dzieki czemu niejeden dostanie balkon ktory w innych czasach byl drogi a nalezalo bilety nan kupowac z wielkim wyprzedzeniem. Taka gratka trafila sie nam w zeszla sobote.

 Oczywiscie pojdziemy na ten koncert tym bardziej ze na oznajmieniu pisze jak byk : IN PERSON - czyli pan Beethoven bedzie dyrygowal  OSOBISCIE! A przynajmniej tak sobie zinterpretowalam by dodac wagi koncertowi :)

 No - czy nie ogromna przyjemnosc i wyjatkowe zyciowe wydarzenie? Beethoven we wlasnej osobie? Nie moge przegapic!!!!!!! Postaram sie zdobyc autograf a takze wspolne zdjecie...... 

 Oto dowod rzeczowy :


By lepiej zobaczyc to IN PERSON nalezy na zdjecie kliknac. 

4 maja 2021

MILIONEM ROZ . . . . .

.....ktore obecnie u mnie pysznia sie swym wysypem, pragne Was pozdrowic i powiedziec - glowa do gory, bedzie dobrze. Tyle co pokaz urody i obfitosci dawaly azalie, teraz przyszla kolej na roze.

Nie potrafie opisac jakie mamy rozane miasto - to musialoby sie zobaczyc - szkoda ze nie przy kazdym miejscu moglam przystanac samochodem i fotografowac, czyniac to jedynie w sasiedztwie. W moim rejonie wlasnie wiosna jest najpiekniejszym sezonem, pelnym kwitnacych kwiatow i drzew, a dodatku ma umiarkowana temperature, doskonala do spacerow. Cieszy kazdego bo zanim sie ogladniemy nadejda upaly ktore zrobia przyrode troche oklapnieta i przekwitnieta i ciezka do spacerowania.

 Wytrzymamy - juz jest lepiej, juz widac powrot do normalnosci - mocno wierze iz kazdy tydzien, kazdy miesiac zbliza nas do tego. 









DOPISEK :

Przypomnialo mi sie ze Anabell wyrazila zamiar oprawienia swej karty szczepien covidowych w laminat, a tyle co zaczeto nam tlumaczyc zeby tego nie robic. Nie chce nikomu narzucac  czy nakazywac, tym bardziej ze Europa moze miec swe wlasne procedury i przepisy ale tak "od wypadku" podziele sie czym sie kieruja u nas bo moze akurat bedzie powszechnym - te karty moga byc uzupelniane czy to nowymi szczepieniami czy innymi informacjami. W sumie obojetne czym ale moga wiec musi byc do nich dostep, moznosc update. By sie nie niszczyla doradzaja to co doradzali od poczatku - sfotografuj z obu stron a zdjecia trzymaj na zawsze w telefonie, karte uzywaj tylko gdy musisz, np przekraczajac granice kraju. 


 
 

30 kwietnia 2021

NAJAZD RUSKOW NA SERPENTYNE

Wyglada ze wbrew moim dobrym zamiarom - pisac zwiezle i krotko a takze nie zamieszczac ogromu zdjec by Was nie zameczac - nie uda mi sie jako ze wczorajszego wydarzenie nie da sie opisac w kilku zdaniach. A nawet jesli przekaze dlugim marudzeniem i tak nie odda tego co w rzeczywistosci wczoraj przeszlismy.......

 Bylo tak : nadszedl czwartek, dzien ktory mial byc spokojny, rutynowy, okraszony piekna pogoda oprocz szybkiego porannego deszczu. Co prawda mialam umowiona wizyte firmy czyszczacej dywany ale chodzilo tylko o glowna sypialnie a wiem z doswiadczenia ze robia to szybko, zwlaszcza ze nie musielismy do tego usuwac mebli - jedynie pozniej nie lazic po mokrym az do wieczora. Po ich wizycie mialam skoczyc do biblioteki, sklepu spozywczego, gdzies na lunch ale poza tym mialo byc wedlug tego spokojnego planu. Siedze wiec przed telewizorem, ja, tak spokojna i ulozona osobka, nikomu nie szkodzaca, pomocna, mila, nie lamiaca prawa (jedynie czesto niezgodliwa z poprawna polityka ale tylko z przekonan, bez robienia nikomu szkody, nikomu nie dokuczajaca), przegladajac Prime by sobie wyszukac nowa porcje filmow do ogladania w przyszlosci, a tu dzwonek do drzwi. Pomyslalam iz firma nadjechala przedwczesnie ale nie, to byla jedna z sasiadek. Tu musze nadmienic ze z jej strony bylo troche wysilkiem przyjsc do mnie jako ze oboje z mezem sa bardzo leciwymi ludzmi, dobrze po 80tce, oboje majacy problem z poruszaniem sie a jesli to pomagaja sobie laskami.  Ich dom jest prawie naprzeciw mojego, ze swych okien widza co sie u mnie czy innych sasiadow dzieje. A moj dom i trawnik polozony jest na czubku cypla moze raczej wysepki i zakrecie. Przyszla mi powiedziec ze z okna widziala jak przejezdzal ogromny przeprowadzkowy truck i tak zawadzil o moj trawnik ze zostawil ta nadbrzezna czesc na sporej dlugosci kompletnie zryty.

 Wtedy jeszcze troche kropilo ale pelna wscieklosci wyskoczylam na zewnatrz lapiac ze soba telefon jako ze juz wiem jak przebiega proces zareagowania na taka sytuacje - bo pare lat temu mielismy podobna, tez spowodowana truckiem przeprowadzkowym. Oni maja klopot wykrecic sie na moim zakrecie jako ze te trucki sa naprawde duze i dlugie. Lece wiec, patrze i az mnie zatkalo widzac ogrom zniszczenia, duzo gorszy niz tym wczesniejszym razem. Lece dalej, w dol ulicy by ten truck odnalezc a w tym biegu dzwonie do meza, do pracy, by wszystko rzucil i przyjechal pomoc mi w awanturze i uzyskania danych od kierowcy jako ze przeciez musza nam zwrocic koszty zwiazane z naprawa zniszczen. Ten wczesniejszy raz, lagodniejszy, kosztowal 500 $, czyli ten bedzie drozszy i nie mamy zamiaru oplacac z wlasnej kieszeni. A wyglada tak:








 Po drugiej stronie cypla napotkalam ten truck, rzeczywiscie ogromny, i pierwsze to zaczelam fotografowac - tablice rejestracyjna, nazwe firmy - a kierowca ktory wylazl spoza jakiegos mebla ktory ustawial, zaczal mnie ochrzaniac za fotografowanie. Ja na to, pelna wscieklosci, jak nigdy agresywna i pyskujaca, mowie mu co zrobil i ze beda konsekwencje - a on na to iz nie wie o czym mowie. To wkurzylo mnie jeszcze bardziej bo nienawidze gdy wszelkie uslugowe miejsca bezczelnie traktuja kobiety lekcewazaco i niepowaznie, z mezczyznami rozmawiajac zupelnie inaczej. Ale zdjecia porobilam, chcial czy nie.



 Nastepnie, nadal w biegu bo przeciez dom zostawilam nie zamkniety na klucz a takze mimo wszystko pamietalam iz lada chwila nadjada czysciciele, dzwonie na policje - tak, drugi raz na przestrzeni moze 10ciu dni bo pamietacie pewnie ze tyle co dzwonilam donoszac na pszczole :) - i zglaszam co sie stalo proszac o policjanta do zrobienia raportu. To taki krok by miec podstawy w zadaniu odszkodowania za straty. Tam policjantka przelaczyla mnie do innej dywizji mowiac ze ona zajmuje sie takimi drobniejszymi problemami. To wszystko w biegu a zwlaszcza okropnych nerwach nie tylko przez zniszczenie ale zachowanie sie kierowcy tez. Przy okazji trzymalam oko na wlot ulicy czy maz nie nadjezdza bo po prostu czulam sie wykonczona nerwowo, bez sil do walki z kierowca-gburem, a to byl dopiero poczatek.......

Nadjechal i gdy spojrzal na zryty trawnik to malo nie dostal ataku serca - pozniej mowiac ze jesli bedzie mial zle wyniki badan to przez durnego kierowce  bo o 2giej mial pojsc na kontrolne badania. Podczas tego wszystkiego mialam na telefonie caly czas ta policjantke zbierajaca informacje, mowiaca mi co potrzebuje pobrac od kierowcy itd ale glownie uspokajajaca mnie radzac wziac gleboki oddech, zrelaksowac sie, nie denerwowac......Troche mi zelzylo widzac ze maz dogaduje sie z kierowca ktory z nim zupelnie inaczej rozmawial, lacznie z przyznaniem sie do winy. Niby mnie przynajmniej to uspokoilo ale nadal bylam wkurzona ze z poczatku mnie zlekcewazyl. Tego to mu nigdy nie wybacze - kobiety to tez ludzie !!!!!!!!!

 Nadal otrzymywalam telefony od policjantki pytajacej czy lepiej sie czuje i czy zebralam wszystkie informacje co zmuszalo mnie do rozdzielczej uwagi - wygladania na czyscicieli dywanow, kierowcy, telefonow a nawet troski o wlosy bo nadal kropilo a ja biegalam dookola cypla/wysepki bez parasola i bez patrzenia w lustro wiedzialam ze wygladam jak topielica i to wcale nie poprawilo mego wscieknietego nastroju.

 W miedzyczasie maz i kierowca poogladali zniszczenia, przyszli do domu by usiasc i pozbierac wszelkie dane. Wtedy okazalo sie iz jest to firma przeprowadzkowa z Denver, Colorado co wiedzialam z rejestracji ale poza tym dowiedzielismy sie iz wlascicielem jest Rosjanin a kierowca tez - na imie mu Wienczyslaw. Maz rozmawial z tym wlascicielem i bez problemu doszli do nalezytej ugody - ze my musimy zatrudnic ogrodnika do naprawy a oni zwroca koszta.

 Nasz ogrodnik przyjdzie dzisiaj rano poogladac i oszacowac, nastepnie ponaprawiac. Samo naprawienie zrytego trawnika bedzie spora robota a przeciez akurat w tym miejscu mamy rowniez co najmniej dwie glowice spryskiwaczy, rury doprowadzajace wode i jest prawie pewnym ze one sa tez uszkodzone - tak bylo za wczesniejszym razem. Ale ogrodnik, choc widzial zdjecia, wcale nie byl przerazony bo to dla niego dobry zarobek.

 Przyznaje ze duzo mi pomogla obecnosc meza bo pamietam ten wczesniejszy raz gdy sama musialam wszystko zalatwiac jako ze wtedy pracowal w innym miescie i nie mogl pomoc.

 Gdy wreszcie skonczylismy z tym ruskim kierowca, to mialam nastepne telefony z policji ktora nadal czekala na me informacje ale skonczylo sie na tym iz skoro doszlismy do porozumienia z firma i ze zaplaca, postanowilismy zrezygnowac z oficjalnego raportu i zalatwic polubownie. Niemniej, jesli cos nie wyjdzie (bo maz ruskom nie ufa) to mamy otwarta droge do odnowienia.

 Na to przyjechali ci od czyszczenia dywanu a poniewaz jechali od tej strony zniszczen to sie dopytywali co sie stalo. Dywan mi wyczyscili  i poszli a my zostali w tym szamponowym zapachu i zakazem chodzenia po tej czesci domu przez 6 godzin - na szczescie mamy druga lazienke bo inaczej musielibysmy sie wysikiwac na tylnym ogrodzie :)

 Chociaz sie troche wyjasnilo, poukladalo to jednak mialam caly dzien zepsuty i chodzilam podminowana calym niepotrzebnym wydarzeniem a takze potraktowaniem mnie jak kogos nizszej kategorii.

Pozniej, w ciagu dnia mialam kilka niespodziewanych wizyt od innych sasiadow, glownie takich z dalszych domow, tylko przejezdzajacych kolo mojego, z zapytaniem co sie stalo?, takze gdy bylam przy frontowych grzadkach rozsypujac odstraszacz na zajace zrace me petunie, przyszly dwie nastepne by sie dowiedziec co i kto i jak? jedna sie zainteresowala tym srodkiem przeciw zajacom bo ma podobny problem wiec sie ucieszyla  a ja tez jako ze pomozenie komus w klopocie zawsze daje mi dobre poczucie. 

A sasiadce ktora przyszla mi o wydarzeniu powiedziec, kupilam kwiotek  i kartke "dziekuje" - bo sama nie lubie cietych bukietow jako ze z nimi robota : zmieniac wode, czyscic flakon, przycinac, zbierac odpady ze stolu a zyja moze trzy dni szybko umierajac - te doniczkowe przynajmniej zyja dlugo jesli nie na zawsze i nie wymagaja duzo pielegnacji. Zanioslam, wystalam sie pod drzwiami dosc dlugo ale wiedzialam ze sasiedzi maja problem z poruszaniem sie wiec nie da sie inaczej - oboje przyszli do drzwi a kwiatek podobal sie im ale przede wszystkim faktem iz udalo mi sie zlapac kierowce i wziac go za kieszen.


 

 Strasznie mnie ten dzien umeczyl choc nie bylo w nim wysilku fizycznego, tylko same nerwy - dobrze ze juz poza mna. Moze szczepionka Pfizer mi tez dopomogla bo juz pisalam ze od czasu jej otrzymania czuje sie bardzo energiczna, do punktu ochrzanienia kierowcy :) Jednak pod wieczor troche nam przeszlo bo tak naprawde nikomu sie krzywda nie stala, trawnik i podlewacze naprawi sie i cos mi sie zdaje ze wkrotce bedziemy o tym wspominac z zupelnie innym nastawieniem. 

UPDATE :

Gdy ogrodnik przyszedl rano i poogladal powiedzial ze naprawi szkody dopiero w czwartek, bedac zajety przez reszte dni. Nagle, kukajac przez okno zobaczylam go pracujacego nad ruina wiec polecialam spytac co sie dzieje a on, poczciwina, mowi ze go strasznie uwierala mysl zostawic nas z tym balaganem na caly tydzien, wiec kupil zimie, darnie i naprawia, co tym latwiejsze ze wczesniej sprawdzajac spryskiwacze stwierdzil ze jakims cudem nie uszkodzone. Popatrzcie - chociaz jest w trakcie to juz calosc lepiej wyglada, nawet ulice troche uprzatnal: